Melodia przeszłości cz.1

z 6 komentarzy

Melodia przeszłości

Płatki śniegu uderzały prosto w Arien, kierującą się w południową część Ekremay, będącą domem dla wszelkiej maści przestępców, zaczynając od gangów drobnych złodziejaszków i oszustów, a kończąc na psychopatycznych mordercach. Dzielnica, o której ludzie Towey pragnęli zapomnieć. Arien kiedyś walczyła z mieszkańcami Ekremay jako stróż prawa, dziś kochała je za możliwość ucieczki przed przeszłością. Opatuliła się płaszczem i głębiej naciągnęła kaptur, spod którego wystawały pojedyncze pasemka ognistorudych włosów. Wiatr nasilił się, zmniejszając o kilka stopni odczuwalną temperaturę. Gdzieniegdzie bezdomni palili opony, by się rozgrzać. Dwóch mężczyzn zerknęło na Arien, ale ta nie zwróciła na nich uwagi. Mimo, że dzielnica należała w całości do przestępców, pomiędzy nimi również istniały podziały. Jedni potrafili odnaleźć się w Ekremay, inni nie. Arien nie zaliczała się do żadnej ze stron. Nie cierpiała biedy i upokorzenia, ale też nie doświadczała luksusów.

Skręciła w prawo, wchodząc pomiędzy zdewastowane budynki, z których odpadał tynk, a ściany od bardzo dawna prosiły o pomalowanie. W kilku oknach brakowało szyb. Stare, drewniane drzwi zaskrzypiały, kiedy pchnęła je z całych sił. Weszła do klatki schodowej, śmierdzącej moczem oraz powietrzem stęchłym od dymu papierosowego. Drzwi wejściowe zatrzasnęły się i Arien otoczył mrok. Ściągnęła kaptur. Odczekała chwilę, by oczy przyzwyczaiły się do ciemności, po czym weszła schodami na pierwsze piętro. Na korytarzu znajdowało się pięcioro drzwi. Nagle zza drugich drzwi doleciał ją krzyk kobiety, a potem płacz dziecka. Przystanęła. Po chwili usłyszała uderzenie, a dziecko zawyło ponownie.

Nie. Nie po to tutaj przyszła. Ruszyła w stronę ostatnich drzwi – szarych z połamaną klamką. Dotknęła ich, po czym skupiła myśli. Wyczuwała ciemną energię, ciemniejszą niż sądziła. Uśmiechnęła się. Im gorzej, tym lepiej. Wyszeptała zaklęcie. Drzwi z impetem wleciały do środka. Usłyszała rzucane przekleństwa. Zrobiła krok w przód i poczuła smród strawionego alkoholu, brudu oraz spoconych ciał. Z pokoju po lewej wybiegł otyły mężczyzna w samych bokserkach i przepoconej koszuli na ramiączkach. Obrzmiała czerwona twarz wykrzywiła się w grymasie złości. Nie zdążył nic powiedzieć. Kiedy zaklęcie trafiło w niego uderzył w ścianę, po czym osunął się na podłogę. Zza framugi wynurzył się cherlawy starzec.

- Nie wtrącaj się – powiedziała.

Na wprost Arien znajdowała się kuchnia, a obok łazienka. Nie wyczuła złej energii. W mieszkaniu był jeszcze jeden pokój, do którego wstępu broniły zamknięte drzwi. Podeszła do nich powoli, po czym gwałtownie nacisnęła klamkę. Drzwi uderzyły w meblościankę, nadającą się tylko do wyrzucenia. W rogu pokoju stało nieposłane łóżko. W wymiętoszonej pościeli leżał Brandon Shaw. Podwinięta za duża koszula odsłaniała gołe wychudzone nogi. Blond włosy miał tłuste i rozczochrane. Podczas spotkania z jego matką dowiedziała się, że niedawno ukończył dziesięć lat. Kobieta opowiadała o nim więcej, ale Arien nie słuchała. Kierowała się zasadą – nie identyfikować się z ofiarami. Dla niej stanowili tylko zadanie do wykonania.

W pokoju nie było nikogo więcej. Przez otwarte na oścież okno wdzierało się mroźne powietrze. Arien podeszła do chłopca - blada skóra i widoczne pod nią żyły świadczyły o tym, czego się obawiała.

Odbieracz.

Ciemna istota zabierająca energię ludziom, najczęściej dzieciom. Odbieracze nie mieli oblicza demona z piekieł, jak często to wyobrażali sobie mieszkańcy Towey. Wyglądali identycznie jak inni ludzie, dlatego tak trudno było ich znaleźć. Arien usiadła obok Brandona i sprawdziła puls na jego szyi. Słabł. Musiała go z stąd zabrać. Chciała wziąć go na ręce, ale usłyszała hałas dobiegający z korytarza. Nagle w pokoju pojawił się mężczyzna, a jego ręka lśniła zieloną poświatą Rozpoznała go. Wraz z innymi stał przy płonącej beczce. Arien zdążyła się uchylić i zaklęcie uderzyło w ścianę robiąc w niej wyrwę. Kiedy mężczyzna ponownie zaatakował Arien osłoniła się magiczną osłoną, po czym wyszeptała zaklęcie.

- Baszter - powiedziała.

Pomiędzy nią a mężczyzną pojawił się wilk, którego sierść jarzyła się ogniem. Baszter wyszczerzył kły i rzucił się na mężczyznę. Wgryzł się w jego przedramię i szarpnął, aż strzeliło w łokciu. Mężczyzna próbował się uwolnić, ale Baszter stojąc pewnie na łapach wyrywał kolejne kawałki ciała. Krew obficie ściekała na wypłowiały dywan. Arien patrzyła na makabryczną scenę bez emocji. Odwróciła się w stronę Brandona, ściągnęła z siebie płaszcz i owinęła nim chłopca. Z wysiłkiem wzięła go na ręce. Spojrzała na Basztera, a ten zawarczał. Złapała z nim kontakt wzrokowy. Skupiła myśli. Baszter uspokoił się, podszedł do niej, po czym obwąchał. Zanim wyszła z mieszkania wyjrzała zza framugi. Czysto. Gwizdnęła cicho. Baszter wyszedł na korytarz, wychwytując nosem zapachy. Szła za nim rozglądając się dookoła. Nie słyszała już płaczu dziecka i krzyku kobiety. Na klatce schodowej panowała cisza. Ludzie bali się magii. Nie ważne kto nią władał.

Arien wyszła na zewnątrz. Chłód przeniknął przez jej ubranie. Śnieg sypał mocniej, a szare chmury przybrały granatową barwę. Ciemność zadomowiła się w Ekremay. Latarnie uliczne nie działały; jedyne światło pochodziło z okien mieszkań. Szła szybko, rozglądając się na boki. Musiała jak najprędzej dotrzeć do Hadara. Dzieciakowi zostało niewiele czasu. Skręciła w lewo, wchodząc w uliczkę. Jeszcze dwie przecznice i będzie na miejscu. Mimo, że Odbieracze byli jednymi z silniejszych demonów, to jednak nie wchodzili w drogę Strażnikowi. Zwłaszcza temu, który władał Biesami - stworzeniami zaklętymi w kamiennych figurkach. Tylko ludzie o silnej psychice mogli panować nad Biesami, mającymi duszę czarną jak król piekieł, ale również, posiadającymi władzę nad ogromną magią, która źle użyta mogła doprowadzić do zniszczenia cywilizacji. Biesy stworzono po to, aby zabijały, niosły zniszczenie i strach. Jednak stanowiły doskonałą ochronę przed demonami wszelkiej maści. Arien dawno powierzyła swoje życie Biesom, choć zbyt długie obcowanie z nimi prowadziło do katastrofalnych skutków.

Na wylocie uliczki dojrzała bar Hadara. Zostało tylko kilkanaście metrów. W myślach wypowiedziała zaklęcie odwołujące. Baszter odwrócił się w jej stronę, po czym rozpłynął się w powietrzu. Hadar zabronił jej wchodzić z Biesami do środka, odkąd jeden z nich zaatakował gościa, sądzącego, że poskromi magiczne stworzenie. Ludzie byli naiwni skoro uważali, że panowanie nad Biesem to nic trudnego.

Weszła do środka. Kilka osób odwróciło się w jej stronę. Stali bywalcy. Z tyłu pomieszczenia siedziała osoba, z naciągniętym kapturem na głowę. Mężczyźni spojrzeli na Brandona na jej rękach, po czym wrócili do picia piwa i przerwanej rozmowy. Przyzwyczaili się, że Arien przychodzi do Hadara z dziwnymi pakunkami, więc na wpół martwy chłopiec nie był niczym szczególnym. Podszedł do niej rosły mężczyzna. Ciemne włosy miał jak zwykle związane w kitkę, a na gęstej brodzie wokół ust widziała okruszki jedzenia. Widocznie przerwała mu kolację. Wziął od niej Brandona i zniknął na zapleczu. Arien weszła za bar, nalała sobie złocistego płynu i wypiła chciwie. Z głośnym stukotem odstawiła kufel. Oparła się o blat, czekając na Hadara. Pojawił się po chwili, trzymając jej płaszcz. Wzięła go od niego, ale zaraz rzuciła na stołek, na którym Hadar lubił siadać.

- Nie wyglądasz najlepiej – powiedział do niej, biorąc się za wycieranie szklanek.

- Przychodziłam w gorszym stanie – odparła, przyglądając się rozcięciu na bluzie.

Rana na ramieniu była niewielka, ale krwawiła dość obficie. Ściągnęła bluzę przez głowę, schyliła się pod blat baru i wyciągnęła świeżą ścierkę. Zmoczyła ją wodą i obmyła ranę. Do baru weszło kilku nowych gości tym samym wpuszczając zimne powietrze do środka. Wszyscy przywitali się z Hadarem, po czym zamówili po piwie i usiedli przy jednym ze stoliku. Nocne interesy w Ekremay właśnie się zaczęły. Narkotyki i papierosy stanowiły niewinną zabawę przy handlu magicznymi artefaktami, klątwami, czy też sprzedażą dzieci dla Odbieraczy. Zło i zepsucie sączyło się w barze Hadara niczym ropiejący wrzód, ale to właśnie tutaj Arien znalazła zrozumienie i bezpieczny dom, przynajmniej na tyle, na ile to było możliwe. Sama się sobie dziwiła, że tyle czasu stała po drugiej stronie barykady.

- Byłbym zapomniał – mruknął Hadar i wyszedł na zaplecze. Po chwili wrócił z papierową torebką.

Arien zajrzała do środka. Dwa pliki nolów spiętych gumkami. Starczy na jakiś czas. Kiwnęła głową Hadarowi.

- Jest kolejne zadanie – powiedział.


Zdjęcie: pixabay.com - Kristamonique
Grafika na zdjęciu: Monika Syminowicz

MonikaSyminowicz-podpis-8

Monika Syminowicz

Monika Syminowicz

Uwielbia łączyć fantasy w thrillerem, ale równocześnie jest przeciwniczką wykorzystywania utartych postaci fantastycznych. Weteranka kursów pisania, które pozwoliły jej spojrzeć na teksty z innej perspektywy, dzięki czemu z każdym dniem udoskonala swój warsztat.
Monika Syminowicz