Melodia przeszłości cz.3

z 2 komentarze

Melodia przeszłości - część 3

Kiedy Arien nacisnęła włącznik, jasne światło zalało przedpokój. Zamknęła drzwi, oparła się o nie, a następnie schyliła się, kładąc ręce na kolanach. Wyglądała jak biegacz, który ukończył jeden z najcięższych maratonów w swoim życiu. Drżała, a w myślach wciąż powtarzało się jedno słowo.

Pozytywkarz, Pozytywkarz, Pozytywkarz…

Pierwsza i zarazem ostatnia poważna sprawa, którą sama prowadziła. Czuła się jakby wygrała w życiowej loterii, gdy Wielki De na jednym z zebrań najpierw zaznajomił Strażników ze sprawą, a potem przekazał ją Arien. Niech młoda się wykaże – powiedział, a ją rozpierała duma. Zabrała się od razu do pracy. Siedziała po godzinach, gdy inni funkcjonariusze wracali do domów, a biura pustoszały. Szukała wzoru, jakim posługiwał się Pozytywkarz przy porzucaniu zwłok. Ścieki, jeziora, pustostany, rowy przy drogach – nie miał konkretnych upodobań. Ciała znajdowali w różnych dzielnicach. Jednak w wyborze ofiar stosował tę samą praktykę – młode kobiety o rudych włosach. Zostawiał też swój znak rozpoznawczy – pozytywka z charakterystyczną melodią oraz nacięcia na tętnicach szyjnych. Pierwsze ofiary traktował ulgowo, o ile wykrwawienie się na śmierć można uznać za łagodne podejście. Kolejne nie miały już tyle szczęścia, a ich ciała dotkliwie okaleczano. Arien podejrzewała, że wykorzystywał je do rytuałów, ale nie mogła pojąć jakich.

Sprawa ciągnęła się przez dwa lata. Arien traciła wiarę w rozwiązanie sprawy, a reporterzy z każdym mijającym dniem wytykali policji nieskuteczność, zwłaszcza że u Pozytywkarza następowało nasilenie przemocy. W Towey zapanowała panika. Kobiety farbowały włosy, jeśli nie musiały to nie wychodziły z domu same, a Arien miotała się coraz bardziej. Nie spała po nocach, nadużywała alkoholu. Spędzała długie godziny w archiwach szukając powiązań z innymi sprawami. Wertowała księgi związane z czarną magią. Natrafiała na wiele rytuałów, gdzie potrzebna była krew młodych kobiet, ale instynktownie czuła, że to nie to. Przy każdych znalezionych zwłokach kobiet wyczuwała ciemną energię. Na pewno nie pochodziła od człowieka parającego się czarną magią. Występują niuanse pomiędzy energiami człowieka a demona. Tego drugiego była bardziej chaotyczna, jakby wciąż szukała odpowiedniego ujścia. Natomiast człowieka niszczyła od środka. Dlaczego Pozytywkarz połączył swe siły z demonami? Tego nie mogła odgadnąć.

Arien wyprostowała się, po czym obeszła mieszkanie, zapalając światła we wszystkich urządzonych tak samo kolorystycznie pomieszczeniach. W pokoju, który służył jednocześnie za salon oraz sypialnię jedyną odznaczającą się rzeczą na tle mebli w kolorze kości słoniowej, tapczanu z narzuconą na niego białą kapą oraz fotelem stojącym obok stolika była metalowa szafka.

Arien skierowała się do łazienki. Nie wchodząc pod prysznic, odkręciła kurek z ciepłą wodą i zamknęła drzwi od kabiny. Spojrzała w lustro, nim zdążyło zaparować. Na jej twarzy malowało się zmęczenie – głębokie cienie pod oczami, pogłębione zmarszczki na czole i wokół oczu, rozmazany makijaż, który niedokładnie zmyła. Rozebrała się, rzucając ciuchy na podłogę. Rana na ramieniu przestała krwawić. Arien weszła pod prysznic, by rozgrzać zmarznięte ciało. Stała pod prysznicem z głową opuszczoną na dół, pozwalając by ciepłe krople rozluźniły spięte mięśnie, a szum wody podziałał kojąco. Próbowała wymazać z pamięci zdjęcie pozytywki z baletnicą, jednak ona uparcie powracała. Pozytywkarz nie mógł przeżyć. Patrzyła na niego, gdy zwisał nad przepaścią i próbował z powrotem wdrapać się na twardy grunt. Udało mu się złapać wystający konar drzewa, ale wyślizgnął mu się z rąk. Stała nad nim niczym bóstwo, rozważające nad życiem swojego wyznawcy. Dwa lata szukała klucza do sprawy Pozytywkarza, a rozwiązanie znajdowało się pod jej nosem. Zebrała moc w dłoni i wystrzeliła w jego stronę, spychając z urwiska. Obłęd w oczach oraz krzyk Pozytywkarza wyrył się w jej pamięci jak napisy na kamiennych nagrobkach.

Złapała za kurek wody i wzmocniła strumień.

Ubrana w dres weszła do pokoju, od razu kierując się do szafki nie mającej szyfrowego zamka, czy kłódki wiszącej na skoblu. Mogło się wydawać, że nie jest zamknięta, ale jeśli ktokolwiek chciałby ją otworzyć, rozczarowałby się. Arien dotknęła prawej połowy drzwiczek, wypowiadając jedno ze zaklęć Strażników. Wokół jej dłoni na moment pojawiły się symbole, po czym szafka z powrotem stała się jednolicie szara. Otworzyła ją. W środku znajdowało się kilka półek, a każdą z nich zapełniono figurkami, przedstawiającymi różne zwierzęta. Arien często spotykała się z mylnym przekonaniem, że trzeba mieć figurki Biesów przy sobie, by móc nimi władać. Jednak wystarczyło zaklęciem połączyć ich umysły, a potem z powrotem je rozdzielić.

Wzięła figurkę Basztera. Na grzbiecie wilka zajaśniała litera A, określając jego przynależność do Arien. Każdy kto posiadał Biesy na własność, ustanawiał swój unikalny symbol, a tym samym zaklęcie ochronne. Ciekawe, czy Ilsa próbowała jeszcze kiedyś zapanować nad Biesem – pomyślała Arien. Patrzyła na kolekcję trzydziestu sześciu figurek. Część z nich zdobyła pracując u Strażników. Wówczas razem z nią w jednostce znajdowało się sześciu Strażników, którzy posługiwali się Biesami. Dwóch z nich już nie żyło, a dwóch nadal było w czynnej służbie, ale jeden z nich pozbył się wszystkich. Schronienie znalazły u Arien. Ostatnie pięć uzyskała dzięki pracy dla Hadara. Człowieka, który nie pytał jaką ciągnęła za sobą przeszłość. Ich pierwsze spotkanie nie zaliczało się do najlepszych. Pełna złości i rozgoryczenia, po tym jak wyrzucono ją ze Strażników, szukała swego miejsca w Towey. Zaszła do jedynej dzielnicy, którą doskonale znała – Ekremay. Siedziała w kącie baru Hadara przy pustym kuflu piwa, bo na więcej nie było ją stać. Bar z każdą chwilą zapełniał się gośćmi i brakowało miejsca, ale do niej nikt się nie przysiadał. Zabrano tylko wolne krzesła. Widziała ukradkowe spojrzenia mężczyzn. W końcu jeden z gości się podniósł, a zaraz za nim ustawiło się kolejnych dwóch. Podeszli do niej. Ten na przedzie zmierzył ją wzrokiem.
- Myślisz, że nie wyczujemy Strażnika?
- Nie pracuję już dla nich.
- Taaa – mruknął. – Słuchajcie, mamy tutaj byłą Strażniczkę – krzyknął. Rozmowy ucichły, a goście baru odwrócili się w ich stronę.
Mężczyzna oparł jedną rękę na stole, a drugą na oparciu jej krzesła i zbliżył się do niej.
- Zrobiłaś błąd, przychodząc tutaj.
Dłonie Arien otoczyła poświata, a mężczyzna odskoczył od niej, wpadając na swoich towarzyszów. Po chwili stał przed nimi szczerzący kły Baszter. Osoby siedzące najbliżej Arien zerwały się na nogi, po czym uciekły w głąb pomieszczenia. Niektórzy wybiegli na zewnątrz. Kiedy mężczyzna wyciągnął pistolet Baszter postąpił krok na przód. Włosy Arien falowały lekko, gdy moc otoczyła całe ciało. Baszter zawarczał, a ludzie cofnęli się. Hadar przedarł się przez tłum, spojrzał na nią, na Basztera i splunął.
- Wynoś mi się z stąd.
Arien wyszła z baru, a zaraz za nią Baszter. Powietrze z każdym dniem stawało się coraz chłodniejsze i z jej ust wydobywały się obłoczki pary. Ruszyła przed siebie zastanawiając się, gdzie znaleźć ciepłe miejsce do przenocowania. Dzień wcześniej wyeksmitowali ją z mieszkania, bo bardziej interesowało ją wydawanie pieniędzy na wódkę niż na opłacenie rachunków. Po stracie ukochanej pracy nie potrafiła się podnieść. Przez wiele tygodni żyła na krawędzi normalności i szaleństwa. Ustawiała figurki Biesów przed sobą i patrzyła na nie godzinami. Czasem łączyła swój umysł z jednym z nich, poddając się ich silnej energii i czerpiąc z nich pociechę. W tamtym momencie żyła tylko dla nich. W barze Hadara zastanawiała się nad swoją przyszłością. Nigdy nie wróci do Strażników. Spaliła za sobą mosty, ale co miała robić dalej?

Zamknęła szafkę i zapieczętowała zaklęciem. Tamte dni stanowiły dla Arien trudny okres w życiu. Z wyżyn sukcesu boleśnie spadła na same dno. Niestety nie potrafiła tego przyjąć z pokorą.

Zgasiła światło, weszła pod gruby koc, którym szczelnie okryła się po samą szyję. Kiedy wskazówka zegara przeskoczyła na drugą w nocy, zasnęła.

***

Obudziło ją pukanie do drzwi. Powoli otworzyła oczy, po czym zerknęła na zegarek. Dochodziła jedenasta. Pukanie powtórzyło się, ale tym razem głośniej. Arien odrzuciła koc, związała włosy gumką i podeszła do drzwi. Wyjrzała przez judasza.

James Khan? Najpierw Ilsa, teraz on. Co jest? Czas przebaczenia?

- Co tu robisz? – spytała, kiedy tylko otworzyła drzwi.
James spojrzał jej w oczy, a następnie uśmiechnął się, odsłaniając rząd równych zębów. Niejedna kobiet mogłaby go za to pokochać, ale Arien najbardziej przyciągała intensywna zieleń oczu i niespotykane poczucie humoru. Nawet omawiając najbardziej brutalne sprawy potrafił znaleźć w nich dozę humoru. Strażnicy śmiali się z niego, że minął się z karierą komika estradowego, ale on machał ręką i opowiadał kolejny żart. Często przychodził do archiwów z dwoma kubkami kawy, gdzie Arien pracowała nad sprawą Pozytywkarza. Siadał obok i razem z nią przeglądał księgi i raporty. Koledzy z jednostki często stroili sobie z nich żarty i co rusz wypytywali o intymne szczegóły. Jednak Arien za każdym razem powtarzała jak zepsuty gramofon – żadnych romansów w pracy.
- Nie cieszysz się na mój widok?
- Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?
- Chyba nie chcesz o tym rozmawiać na korytarzu? – dłonią wskazał na odrapane ściany klatki schodowej z wypisanymi na nich obelżywymi słowami. Schodami schodziła otyła kobieta z synem uczepionym jej ręki. Fioletowy siniak pod okiem kobiety rzucał się w oczy.

Arien odsunęła się, po czym zamknęła drzwi, kiedy James wszedł do środka. Poczuła od niego dym papierosowy, a we włosach zobaczyła pierwsze nitki siwizny. Ściągnął z siebie płaszcz i powiesił na ściennym wieszaku. Z ciekawością przyglądał się wystrojowi jednopokojowego mieszkania. Biel wręcz raziła w oczy. Wszedł do pokoju, przelotnie spojrzał na metalową szafkę, po czym usiadł w fotelu.
- Co ty masz z tą bielą?
- Co cię sprowadza do Ekremay? – oparła się o framugę drzwi pokoju, krzyżując ręce na piersi.
- Ty.
- Ja? Stęskniłeś się?
Oboje się uśmiechnęli. Arien mogła zarzekać się, że w pracy nie ma miejsca na miłość, jednak poddała się jej. Pierwszy raz wylądowali w łóżku po jednej z akcji. Oboje pokiereszowani, z siniakami na ciele. Ich ubrania nadawały się do wyrzucenia. Wielki De kazał im wrócić do domów i dopiero rano spisać raport z zajścia. Po drodze kupili butelkę wódki i colę. Po opatrzeniu ran siedzieli w półmroku, co chwilę opróżniając kieliszki. Dezynfekcja wewnętrznych ran – powiedział James, ale Arien nie uśmiechnęła się.
- Ile już zebrałaś? – Wskazał ręką na szafkę.
- Trochę.
- Czyli ile?
Pomiędzy nimi zapadło milczenie. Arien przymrużyła oczy, przekrzywiając głowę lekko w lewo. James podniósł ręce do góry w geście poddania.
- Nie ważne. Chciałem tylko wiedzieć, co u ciebie. Nie widzieliśmy się jakiś czas.
- Jakiś czas to mało powiedziane.
Kiwnął głową. Po trzech latach potrafiła wybaczyć mu, że nie poszedł za nią, gdy wyleciała ze Strażników. Rozumiała to.
- Przysłał cię Wielki De?
- Kazał cię pozdrowić.
Podeszła do okna. Ludzie szli w różnych kierunkach, kryjąc się w płaszczach przed wiatrem. Płatki śniegu, które wczoraj przykryły Ekremay nabrały już szaroburego koloru. Zima może i była piękna, ale na pewno nie w Ekremay. Odwróciła się w stronę Jamesa i oparła o parapet. Zawsze zastanawiała się czemu Wielki De, pozwolił jej odejść. Powinien ją wydać odpowiednim władzom, a umożliwił jej ucieczkę, narażając tym samym siebie na nieprzyjemności.
- Czego ode mnie chcecie?
- Znasz Pozytywkarza lepiej niż ktokolwiek z nas.
- On nie żyje. – Wstała gwałtownie. Wyglądała na opanowaną, jednak dłonie drżały.
- To nie jest pewne. Nigdy nie znaleźliśmy ciała.
- Nie miał prawa przeżyć – podniosła głos, aż James podskoczył.
- Kogo próbujesz przekonać? Mnie czy siebie?
Nie odpowiedziała. Skierowała na wprost drzwi wyjściowych, po czym otworzyła je na oścież. James złapał za swój płaszcz, spojrzał jej prosto w oczy, ale nie zobaczył w nich ciepłych uczuć.
- Poluje w Cork – rzucił tylko i wyszedł na klatkę schodową.


Zdjęcie: pixabay.com - Kristamonique
Grafika na zdjęciu: Monika Syminowicz

MonikaSyminowicz-podpis-8

Monika Syminowicz

Monika Syminowicz

Uwielbia łączyć fantasy w thrillerem, ale równocześnie jest przeciwniczką wykorzystywania utartych postaci fantastycznych. Weteranka kursów pisania, które pozwoliły jej spojrzeć na teksty z innej perspektywy, dzięki czemu z każdym dniem udoskonala swój warsztat.
Monika Syminowicz

Latest posts by Monika Syminowicz (see all)