Melodia przeszłości cz.4

z 4 komentarze

Melodia przeszłości - część 4

Mężczyzna ściągnął lateksowe rękawiczki i wrzucił je do worka na śmieci. Spojrzał na stół, gdzie leżały zakrwawione noże, a potem przeniósł wzrok na kobietę przywiązaną do betonowego filaru. Naga, z rozłożonymi nogami, cała we krwi. Głowa jej opadła, a rude włosy zasłoniły twarz i małe piersi. Oddychała płytko. Mężczyzna rozebrał się z brudnych ubrań i założył świeże, wyciągnięte z foliowego worka. Zapiął kurtkę pod samą szyję. Uklęknął przed kobietą na jedno kolano, podziwiając swoje dzieło oraz wdychając intensywny zapach krwi. Mięśnie kobiety drżały. Wiedział, że zostało jej niewiele czasu i lada moment umrze. Wcześniej rozkoszował się krzykiem swojej ofiary połączony z melodią z pozytywki. Teraz w opuszczonym budynku zalegała przerywana wyciem wiatru cisza.

Wstał, podszedł do stolika i złapał za otwarte brązowe pudełko, w którym baletnica czekała na kolejny taniec. Z namaszczeniem dotknął kluczyka i przekręcił kilka razy, powodując zgrzyt mechanizmu. Kojąca melodia popłynęła z wnętrza pozytywki, a baletnica zaczęła kręcić się w perfekcyjnym piruecie.

Otworzył drzwi i wyszedł, a zimny wiatr przeniknął przez ubrania, jednak nie przejął się tym. Lodowata woda w rzece o wiele bardziej potrafiła wyssać ciepło z ludzkiego ciała. Wlewała się do gardła i wciągała w głąb siebie, by już nigdy nie wypuścić. W snach powracał szum żywiołu oraz dezorientacja, gdy nurt szarpał nim na wszystkie strony. Jednak najczęściej śniła mu się ona. Kochał ją od momentu, kiedy po raz pierwszy ją zobaczył. Nazywało to zakazaną miłością, grzesznym uczuciem, ale nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżył. Z żadną kobietą. A ona z niego zadrwiła.

Wsiadł do samochodu, włączył silnik i wyjechał na główną drogę. Czas najwyższy na ich wspólne spotkanie.

Dla niej również miał pozytywkę.

Jedyną w swoim rodzaju.

***

James siedział przy biurku w jednostce Strażników, przeglądając raport dotyczący kolejnej ofiary Pokutnika. Według zeznań rodziców, kiedy wychodzili na urodziny znajomych, Andrew siedział w domu. Miała przyjść do niego dziewczyna, Susan. Gdy w późnych godzinach wieczornych państwo Holon wrócili do domu, nikogo nie zastali. Pierwsze co zrobili to zadzwonili do Andrew, ale nie odbierał. Susan również. Po godzinie poszukiwań znaleziono go w zaspie przy jednym z sąsiedzkich domów. Wyglądał jakby zasnął na siedząco, ale gdy go dotknęli, obudził się z letargu, rzucając przy tym przekleństwami. O mało nie skoczył z pięściami na policjantów. Niestety nie udało się wydobyć od niego informacji o Susan. Nikt nie mówił tego na głos, ale wszyscy podejrzewali kto za tym stoi.

Mimo wywieszonego na ścianie znaku z przekreślonym papierosem, James zapalił. Zadzwonił telefon na biurku. Odebrał, powiedział niewyraźnie swoje nazwisko i przez chwilę słuchał rozmówcy po drugiej stronie linii.
- Niech go szlag – krzyknął, rzuciwszy słuchawką, po czym zerwał się z miejsca.
Zgasił papierosa w pełnej popielniczce, zabrał płaszcz z oparcia krzesła i wybiegł z pokoju.

Zapukał dwa razy do drzwi mieszkania Arien. Po dłuższej chwili usłyszał zgrzyt zamka. Choć było późne popołudnie Arien miała na sobie szlafrok, który teraz próbowała zawiązać. Włosy upięła w niedbale.
- Co tym razem? – mruknęła.
- Ubieraj się. Jest kolejna ofiara – powiedział, wchodząc do środka.
- Nie pomyliło ci się coś? Już dla was nie pracuję – zamknęła drzwi, po czym ręką wskazała na pokój, ale James nie ruszył się z miejsca. Wystarczyło spojrzenie na podłogę jej sypialni. W półokręgu stało kilka figurek. Naliczył dziesięć. Zastanawiał się z iloma się połączyła. Kiedyś zastał ją w podobnej sytuacji – figurki ułożone wokół niej, a ona wyglądała jakby zażyła sporą dawkę narkotyku. Nie spał całą noc, co rusz zapalając papierosa. Arien leżała na podłodze ściskając w ręku jedną z figurek. Próbował przenieść ją na łóżko, ale odepchnęła go zaklęciem. Musiał czekać, aż sama uwolni się spod działania Biesów. Gdyby wtedy wiedział do czego ją doprowadzą, znalazłby sposób, by się ich pozbyć.
- Wielki De kazał po ciebie jechać.
- Naoglądałam się już scen zbrodni.
- Ubieraj się.
Arien chciała coś powiedzieć, ale machnęła ręką i poszła do łazienki. Po chwili wróciła, pozbierała Biesy nawet nie patrząc na Jamesa, po czym zamknęła je w szafce.
- Z iloma się połączyłaś? – spytał.
- Mieliśmy jechać.
Ubrała płaszcz, po czym oboje wyszli na klatkę schodową. James złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.
- Z iloma?
- Nie zdążyłam, bo dobijałeś się do drzwi jak wariat.
- Tyle dobrego – mruknął.

***

Zatrzymali się przed kordonem policyjnych samochodów, przy których kręciło się kilku policjantów. James i Arien wysiedli. Przed nimi rozpościerały się opuszczone pola, a pośrodku nich stał zniszczony dom. Arien widziała wymijających się w wejściu ludzi. Wielki De rozmawiał przez telefon, który w jego dłoni wyglądał jak zabawka. Zobaczywszy ich, machnął ręką. Technik z aparatem ominął ich, przywitał się z Jamesem, a na Arien tylko spojrzał. Ona również go nie rozpoznała. Przez trzy lata wiele może się zmienić.
- Witaj, Arien.
Odwróciła się w stronę Wielkiego De, po czym oboje podali sobie ręce.
- Po co mnie ściągnąłeś?
- Chodź.
Od progu przywitał ich charakterystyczny zapach krwi. We wnętrzu panował chaos. Czerwone smugi na podłodze i ścianach. Do filaru przywiązano nagą kobietę, a na jej ciele widniały rany cięte oraz pełno siniaków. Nie dane jej było szybko umrzeć. W dodatku panował tutaj taki sam ziąb jak na dworze. Co za bydlak – pomyślała Arien. Odwróciła wzrok i skupiła się na stoliku, na którym leżały zakrwawione noże. Pod samą ścianą stała pozytywka. Wyciągnęła rękę by jej dotknąć, jednak przypomniała sobie, że nie ma ubranych rękawiczek. Poczuła się tak, jakby miesiące w kalendarzu cofnęły się o ostatnie trzy lata, a Strażnicy nie znali jeszcze tożsamości Pozytywkarza.

W pomieszczeniu zapanowało poruszenie. Kiedy przecięto liny i położono ofiarę na wznak zobaczyli wyryty na jej dekolcie napis – CZEKAM NA CIEBIE. Arien wstrzymała oddech. Poczuła na sobie wzrok Jamesa i Wielkiego De. Wybiegła na zewnątrz, po drodze zderzając się z wchodzącym do środka technikiem. Aparat zawieszony na jego szyi zakołysał się. Usłyszała rzucone w jej stronę przekleństwo. Zatrzymała się parę metrów dalej, głęboko wciągając w płuca mroźne powietrze. Nad okolicą kłębiły się ciemne chmury. Niedługo miał zapaść zmrok.
- Wszystko w porządku? – usłyszała głos Jamesa.
- Zginęła przeze mnie.
- To nieprawda.
- Jak to nieprawda? – krzyknęła i spojrzała na niego.
- Zdążył zabić kilka kobiet, zanim dowiedziałaś się, że wrócił.
Wyciągnął papierosa z paczki i już miał schować ją do kieszeni, gdy zobaczył wzrok Arien. Drżącą ręką złapała za papierosa i włożyła do ust. Gdy końcówka zapaliła się od ognia zapalniczki zaciągnęła się głęboko.
- Muszę to zakończyć.
- Co chcesz zrobić?
Arien wydmuchnęła dym wpatrując się w chmury.
- Wykończyć skurwiela.

***

Razem wrócili do jej mieszkania. James stał w przejściu pomiędzy pokojem, a korytarzem, gdy Arien otworzyła szafkę. Przez chwilę zastanawiała się, którego Biesa wybrać. Spojrzała na figurkę przedstawiającą panterę stojącą na kamiennym bloku. Negon. Dla niego nie istniało pojęcie strachu i mając go przy boku czuła się zdolna do heroicznych czynów. Wzięła figurkę i postawiła na blacie szafki. Potrzebowała jeszcze jednego – Saze. Gołąb z rozpostartymi skrzydłami stał w kącie na jednej z niższych półek. Symbol wolności oraz dobrej energii. W razie ataku Pokutnika, Saze byłby jej drogowskazem wśród ciemnych zakamarków przeszłości. Poczuła dym papierosowy i zerknęła na Jamesa. Piąty papieros w przeciągu pół godziny. Nie tylko nią wstrząsnął widok ofiary Pozytywkarza.

Trzymając Saze skupiła myśli, a po chwili na grzbiecie gołębia pojawiła się litera A. Odstawiła figurkę na miejsce, po czym złapała za Negona. Powtórzyła ten sam rytuał, a następnie zamknęła szafkę. Podeszła do komody stojącej obok łóżka. W drugiej szufladzie leżała pochwa z krótkim sztyletem. Zabrała go. Wyszli z mieszkania, by z dzielnicy biedoty i przestępczości znaleźć się w Cork, najbogatszej części Towey. W miejscu, w którym Arien się urodziła, ale którego nigdy nie zaakceptowała. Mężczyźni w garniturach, kobiety w eleganckich ubraniach. Na podjazdach samochody z najwyższych półek cenowych. Ulice odśnieżano, a śnieg na przydomowych ogródkach był o wiele bielszy niż w Ekremay. Wszystko wyglądało jakby pochodziło z innego, rajskiego świata. Arien nie czuła się tutaj komfortowo. Każda ulica oświetlona. Każdy dom wyglądający niczym pałac z bajki. W Cork nie dało się zniknąć w cieniu. Najmniejszy błąd wytykano, a jego sprawcę strącano na margines społeczny. Mieszkańcy Cork sądzili, że bogactwo ustrzeże ich przed wszelkimi zagrożeniami z zewnątrz, ale z tymi wewnątrz nikt nie potrafił sobie poradzić.

Minęli jeden z domów, z którego przez okno wylewało się żółte światło. Na podjeździe stał czerwony samochód, a ścieżka prowadząca do głównych drzwi wyglądała jakby dopiero ją odśnieżono. Przez odsłonięte okno zobaczyła śmiejącą się rodzinę, która jadła kolację. Przystanęła. Na moment zapomniała o Jamesie i o otaczającym ją świecie. Powróciły wspomnienia rodzinnego domu. Jej rodzina również się śmiała, ale tylko, kiedy przychodzili goście. Całe życie Arien było na pokaz. Wszystko co robiła, czy mówiła, stanowiło element gry, w której nie miała prawa zrobić błędu. Rodzice starali się kontrolować jej życie, a wstąpienie do policji odczytali jako zdradę; zamiast wymarzonych przez nich studiów prawniczych wybrała, jak zawsze mawiali, pracę dla tępych ludzi.
- Jaki masz plan? Będziesz krążyć po Cork, aż sam cię znajdzie? – spytał James, przerywając przedłużające się milczenie.
- To jedna z opcji – odpowiedziała nie odrywając wzroku od rodziny przy stole.
- A jakie są inne?
- Spotkanie z dawnymi duchami.
Ruszyli na północ. Na samym końcu ulicy znajdował się dom od pokoleń należący do Beinów, rodziny prawników. To w nim spędziła lata swoje dzieciństwa. Kiedy wyjechała do akademii dziesięć lat temu obiecała sobie, że nigdy do niego nie wróci. Życie potrafi być złośliwe – pomyślała, patrząc na okno pierwszego piętra, w którym świeciło się światło. Dziwiła się, że ktoś go kupił. Ludzie zazwyczaj nie chcą mieszkać w miejscach, gdzie czaiło się zło.

Skręcili w prawo i idąc wzdłuż ogrodzenia dotarli na skraj lasu. Zapalili latarki i oświetlając sobie drogę dotarli do niewidocznego pod roślinnością bunkra. Arien stała chwilę świecąc po okolicy. Drzwi częściowo zasłaniał śnieg leżący na stercie zeschniętych liści oraz korzeni drzew. Nikt nie wchodził do bunkra od dłuższego czasu, ale wokół niego śnieg był zdeptany.
- Sprawdzaliście już to miejsce – stwierdziła.
Wpatrywała się w drzwi, jakby mogła z nich odczytać rozwiązanie. Właśnie w tym bunkrze Pozytywkarz dawał upust swoim chorym zachciankom na niewinnych kobietach, a ona o tym nie wiedziała. Jak się potem okazało, nie wiedziała wielu rzeczy o swojej rodzinie oraz o posiadłości Beinów.

Pozytywkarz oszukał wszystkich.

Nawet własną córkę.


Zdjęcie: pixabay.com - Kristamonique
Grafika na zdjęciu: Monika Syminowicz
MonikaSyminowicz-podpis-8
Monika Syminowicz

Monika Syminowicz

Uwielbia łączyć fantasy w thrillerem, ale równocześnie jest przeciwniczką wykorzystywania utartych postaci fantastycznych. Weteranka kursów pisania, które pozwoliły jej spojrzeć na teksty z innej perspektywy, dzięki czemu z każdym dniem udoskonala swój warsztat.
Monika Syminowicz

Latest posts by Monika Syminowicz (see all)