Melodia przeszłości cz.7

z 1 komentarz

Melodia przeszłości - część 7

W jednostce Strażników panowało poruszenie. Idąc korytarzem w stronę biura Wielkiego De, Arien słyszała szum rozmów. Niektórzy funkcjonariusze rozmawiali przez telefon gestykulując, inni siedzieli przy biurkach przeglądając papiery aktualnych spraw. Ominęła nieznajomego jej Strażnika, i o mało nie zderzyła się z Ilsą wychodzącą z najbliższych drzwi. Ramieniem przytrzymywała komórkę przy uchu, by swobodnie przekładać kartki w teczce, ktorą trzymała w dłoniach. Na widok Arien znieruchomiała, po czym wyłączyła komórkę, nie żegnając się z rozmówcą. Twarz Ilsy poczerwieniała ze złości.

- Zawsze sprowadzasz kłopoty, powinnaś żyć w odosobnieniu – powiedziała, zagradzając Arien drogę.
- Odsuń się – mruknęła Arien, próbując ją wyminąć, ale Ilsa przesunęła się w bok, nie pozwalając przejść.
- To przez ciebie dorwał Jamesa.
Arien przyjrzała się Ilsie. Wargi jej drżały, a niestarannie nałożony makijaż nie tuszował opuchlizny wokół oczu.
- Zejdź mi z drogi.
Spróbowała ominąć Ilsę z drugiej strony, ale ta ponownie stanęła przed nią. Gdy Arien poczuła znajome ciepło rozchodzące się po ciele wzięła głęboki oddech. Nie może znowu stracić kontroli. Drugi raz Wielki De nie stanie za nią murem.
– Nie tylko tobie na nim zależy - powiedziała Arien patrząc Ilsie prosto w oczy.
Kilku Strażników wyszło ze swoich pokoi, zaciekawionych ostrą rozmową dobiegającą z korytarza. Z wręcz chorą fascynacją czekali na to, co mogło się zdarzyć. Nagle ze swojego biura wyszedł Wielki De, mówiąc:
- Arien do mojego biura. Ilsa, wracaj do roboty.
Ilsa niechętnie zeszła jej z drogi, ale gdy Arien przechodziła obok niej powiedziała:
- To jeszcze nie koniec.
Arien nie odpowiedziała, po czym weszła do biura Wielkiego De, który zamknął za nią drzwi i wskazał na krzesło, ale ona stanęła jak wryta. Na biurku leżała legitymacja Jamesa oraz opakowana w folię pozytywka.
- Przyszło z poranną pocztą.
Wielki De usiadł za biurkiem i złożył ze sobą ręce. Arien wzięła do ręki pozytywkę, czując przez folię twardość drewna. Obejrzała ją z każdej strony, ale nie znalazła śladu, który mógłby doprowadzić do kryjówki Pozytywkarza. Otworzyła folię i nim Wielki De zdążył zareagować dotknęła baletnicy. Poczuła jakby kopnął ją prąd, a przez ciało przeszło przyjemne ciepło. Rozpoznała moc czarnej magii oraz uczucia chorej miłości przeplatanej nienawiścią i pożądaniem. Nagle zobaczyła ukrywającego się w mroku mężczyznę. Światło padało jedynie na męskie dłonie oraz drewniany blat, na którym leżała legitymacja Jamesa. Obraz znikł. Wielki De stał przy niej, a w jego oczach wyczytała troskę.
- Wszystko w porządku?
Kiwnęła głową.
- Wyglądałaś, jakbyś odpłynęła. – Zabrał jej pozytywkę, zamknął folię i odłożył dowód na biurko. – Widziałaś coś?
Ostatnie słowa Wielkiego De doszły do jej umysłu z opóźnieniem. Wciąż wyczuwała wibracje przesłane przez pozytywkę. Wcześniej tego nie umiała. Właściwie nikt nie potrafił. Takie zdolności były zarezerwowane dla demonów lub Upadłych - ludzi zbyt długo obcujących z czarną magią. Podczas pracy dla Strażników nie raz rozmawiała z takimi osobami. Przerażone, rozglądające się na boki, nerwowo reagujące na każdą nową osobę. Zawsze podawały ten sam powód przyjścia - strach przed tym, do czego były zdolne. W dodatku przyciągały do siebie demony, które z daleka rozpoznawały człowieka parającego się ciemną mocą. Sądzili, że Strażnicy znają sposoby uwolnienia ich spod władzy czarnej magii, ale zawsze było za późno.
- Arien – Wielki De złapał ją za ramię i odwrócił w swoją stronę. – Razem go złapiemy, tylko powiedz co widziałaś.
Wyrwała rękę z uścisku i odwróciła się na pięcie. Szybko wyszła z biura i idąc szybkim krokiem kierowała się w stronę wyjścia. Na dworze uderzył w nią zimny wiatr, ale ona poczuła jedynie lekkie orzeźwienie. Ciepło wewnątrz niej z każdą sekundą się nasilało. Skręciła w najbliższą uliczkę, kryjąc się za ścianą. Nie musiała czekać długo. Z jednostki wybiegło kilku Strażników i wsiedli do aut, po czym ruszyli w różne strony.

***

James ocknął się i rozejrzał po pomieszczeniu. Wyglądało jak loch w w średniowiecznych zamkach - cuchnęło stęchlizną i wilgocią, a niewielkie przejście zagradzała zardzewiała krata. Nigdzie nie dostrzegł choćby małego otworu, przez które mogłoby dostawać się światło dnia. Jedynie na korytarzu dostrzegł plamę żółtego światła, ale nie mógł zlokalizować jego źródła. James spróbował wstać, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Mięśnie bolały go, jakby przez kilka dni leżał w niewygodnej pozycji, a dłonie i stopy miał zesztywniałe z zimna. Chciał poruszyć głową, ale szyję miał odrętwiałą. Gdzie on do cholery się znajdował?
Nagle usłyszał szuranie. Próbował skupić wzrok w jednym miejscu, ale wszystko wokół wirowało. Za kratami pojawił się mężczyzna, trzymając w ręku za oparcie krzesła. Postawił je na ziemi, po czym usiadł. James spróbował poruszyć prawą nogą. O mało nie zaczął się śmiać z radości, że udało mu się wykonać tak prostą czynność. Oparł stopę o ziemię, by móc przekręcić się na bok. Powoli odzyskiwał władzę nad ciałem, ale jego ruchy były wciąż ociężałe. Mężczyzna w milczeniu patrzył na wysiłki Jamesa, który w końcu mógł spojrzeć na porywacza. Włosy miał zmierzwione, jakby przed chwilą próbował je ułożyć za pomocą palców. Blizny na twarzy ciągnęły się w różne strony, a dłonie skrywał za rękawiczkami. Wydał się Jamesowi znajomy, ale nie mógł sobie przypomnieć kim był. Co mi dałeś – próbował powiedzieć, ale żaden dźwięk nie wydostał się z krtani. Czuł się nieswojo, gdy tamten ciągle się w niego wpatrywał.
Myśl. Jak się tu znalazłeś? Co się stało?
Przypomniał sobie, że wyszedł z pracy. A co potem? Zapalił papierosa. Zawsze tak robił, kiedy kończył służbę. Bezdomny!
- Bein. - Udało mu się wyartykułować nazwisko mężczyzny.
- Za szybko neutralizujesz środek.
Pozytywkarz wstał i zniknął Jamesowi z oczu, ale po chwili pojawił się z powrotem. Otworzył kraty i wszedł do środka. James zauważył w jego ręku strzykawkę. Nie, nie mógł do tego dopuścić. Chciał złapać go za rękę, ale zrobił to zbyt wolno. Pozytywkarz uśmiechnął się, przydusił kolanem klatkę piersiową Jamesa i wstrzyknął mu zawartość strzykawki w szyję. James miał wrażenie, że znalazł się na morzu, gdzie fale zawsze działały na niego usypiająco. Z daleka usłyszał przytłumiony głos.
- Już niedługo.


Zdjęcie: pixabay.com - Kristamonique
Grafika na zdjęciu: Monika Syminowicz

 

MonikaSyminowicz-podpis

Monika Syminowicz

Monika Syminowicz

Uwielbia łączyć fantasy w thrillerem, ale równocześnie jest przeciwniczką wykorzystywania utartych postaci fantastycznych. Weteranka kursów pisania, które pozwoliły jej spojrzeć na teksty z innej perspektywy, dzięki czemu z każdym dniem udoskonala swój warsztat.
Monika Syminowicz