Ocalić życie cz.4

z Brak komentarzy

Poczuł, że oddala się za bardzo od brzegu, na którym zostawił Rebekę. Obiecał, że porozmawiają, chociaż nie wiedział, co mógłby jej powiedzieć. Jeśli sen był jedynie wynikiem przemęczenia, niepotrzebnie by ją stresował. Jeżeli natomiast tkwił w nim okruch prawdy… Najpierw jednak lepiej, aby dowiedział się na czym stoi. Nie ominie go złożenie nieprzyjemnej wizyty.

Czas wracać.

Wyciągnął rękę za siebie, nakazując wodzie, aby niosła go z powrotem, z szybkością pędzącego delfina. Jego wodne ciało zlewało się z oceanem, tworząc jedno. Wyglądał niczym niebieska chmura, na tle błękitnego nieba, odznaczająca się wewnętrznym światłem. Światłem życia i władzy.

Zbliżał się do brzegu. Zwolnił, unosząc się ku powierzchni. Podczas wędrówki w górę zaczął przybierać ludzką formę. Nagle poczuł goniący za nim płacz oceanu. Uderzył w niego mocno. Ich połączenie zerwało się na chwilę, a przed Aguarinem pojawiła się twarz nieznanego mu wcześniej bóstwa, uformowana przez fale. Wiedział, że nim było – aura pychy i nieomylności biła od niego z daleka. Cofnął się lekko, odchylając głowę. Przyjrzał się twarzy mężczyzny. Duże oczy oraz zakrzywiony nos, a na dodatek poorane zmarszczkami czoło. Resztę rozmyła woda.

– Żywiołaki, wzywam was przed swe oblicze. Czekam za godzinę w Jaskini Westengo.

Aguarin chciał zaprzeczyć, lecz nie zdążył. Bóstwo rozpłynęło się, zostawiając go samego. Rozmowa z Rebeką musiała poczekać. Kilkakrotnie poruszył nogami, by po chwili wynurzyć się z wody. Zaczerpnął odruchowo powietrza. Ciemność nocy skrywała go przed czyimkolwiek wzrokiem. Rozejrzał się. Plaża okazała się pusta. Dostrzegł niski zbutwiały most. Podpłynął do niego kraulem. Wyszedł nagi na brzeg, opierając się o grube belki. W miejscu, gdzie most spotykał się z piaskiem, Aguarin kucnął i wyciągnął rękę w stronę szczeliny znajdującej się między belkami. Wyczuł materiał. Pociągnął. Krytycznym wzrokiem spojrzał na swą zdobycz. Ostatnia para spodni. Będzie musiał przynieść kilka zapasowych na następne wyprawy. Wciągnął jasno brązowe spodnie, po czym ruszył przed siebie.

Kim było bóstwo i czego chciało? Nie wiedział. Miał jednak pewność, że nie mógł się nie stawić. Nieposłuszeństwo równało się z unicestwieniem. Zacisnął dłonie, ruszając przed siebie. Po kilku minutach szedł główną drogą. W żadnym oknie nie dostrzegł świateł. Przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów, gdy poczuł niepokój. Zaglądał do każdej uliczki, lecz nikogo nie znalazł. Czyżby zbliżały się obchody Święta Dziękczynienia i wszyscy udali się na główny rynek, by je wspólnie świętować?

Wrócił myślami do bóstwa. Wiedział, gdzie znajdowały się przejścia do boskiego świata, lecz jeszcze nigdy nie musiał żadnego znaleźć w tak krótkim czasie. Jedno z nich znajdowało się w studni na obrzeżach pobliskiego lasu, kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Przyśpieszył.

Nagle z uliczki po prawej wyszła dwójka ludzi. Szli z pochylonymi głowami; poruszali się spokojnie, nie wykonując gwałtownych ruchów. Czyżby się pomylił? Chciał podejść, zapytać gdzie się wszyscy podziali, ale wtedy to wyczuł. Szybko cofnął się, kryjąc się w ciemnej uliczce. Kiedy przechodzili obok niego, wstrzymał oddech. Kobieta i mężczyzna. Kobieta szła od jego strony. Na widok jej nagich ramion, a raczej tego co się na nim znajdowało, Aguarin rozszerzył oczy. Jasną skórę kobiety pokrywały zielono szare plamy, przypominające wyglądem siniaki, jednak ich struktura był chropowata, podobna do kory drzewa. Niektóre wielkością przypominały guziki, podczas gdy inne można było porównać do zaciśniętej pięści o nieregularnym kształcie.

Poczekał, aż ludzie oddalą się i znikną za rogiem. Wszedł głębiej w wąską uliczkę, wyostrzając zmysły. Puścił się biegiem, kierując się do mieszkania Rebeki. Pokłócili się czy nie, musiał się upewnić, że była cała. Bóstwo musiało poczekać. Skręcając wielokrotnie, przypomniał sobie tamtą kobietę oraz zmiany na jej skórze. Jej ciało rozkładało się w zastraszającym tempie.

Wpadł do hotelu. Gdy znużony recepcjonista podniósł na niego zdziwiony wzrok, kiwnął mu głową na przywitanie, zwalniając. Wbiegł na drugie piętro, po czym zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do mieszkania Rebeki. Nacisnął klamkę, nie kłopocząc się użyciem dzwonka. Rozejrzał się po sypialni, lecz nigdzie jej nie znalazł. Już miał ją wołać, kiedy obrócił się w stronę łazienki. Drzwi do niej otworzyły się, a w nich pojawiła się Rebeka, ubrana w kremowy szlafrok. Białym ręcznikiem suszyła włosy. Aguarin wyostrzył zmysły, lecz nie wyczuł u niej nic niepokojącego. Zaraz znalazł się przy niej i przytulił do siebie. Wtuliła się w niego, zarzucając mu ręce na szyję.

– Bałem się.

Rebeka odsunęła się od niego, przyglądając mu się uważnie.

– Dlaczego?

Zawahał się, lecz gdy zobaczył, jak zaczyna marszczyć czoło, zaczął mówić.

– Kiedy do ciebie szedłem, spotkałem po drodze dziwną parę. Zachowywali się… nietypowo, a ręce kobiety pokrywały plamy.

– Może miała łuszczycę? – Rebecca wyśliznęła się z jego uścisku i usiadła na łóżku. Ręce oparła za sobą. Założyła nogę na nogę, pozwalając, by szlafrok się rozchylił. Uśmiechnęła się do niego delikatnie. Uwielbiał ten zapraszający uśmiech.

Powstrzymał się jednak przed zbliżeniem się do niej. Nie miał czasu.

Pokręcił przecząco głową.

– Nie, coś było nie tak. Poza tym, nie widziałem nikogo innego, gdy tu szedłem.

– Och, na pewno przesadzasz. Może wyjechali?

Pochyliła się do przodu, przekręcając głowę na bok.

– Chodź do mnie. Stęskniłam się.

Spojrzał na  zegar ścienny. Zostało mu pół godziny. Nie powinien, a jednak widząc jędrną pierś, nie mógł się oprzeć. Zbliżył się do niej, po czym rzucił ją na łóżko. Całował ją po całym ciele, podczas gdy ona dotykała jego spragnionej skóry. Przycisnęła go do siebie, pragnąc więcej. Prędko spełnił jej pragnienie.

Opadł na nią. Schował twarz we włosach, wdychając świeży zapach kokosowego szamponu. Zerknął na zegarek. Pozostał mu zaledwie kwadrans.

– Becky.

– Tak? – zamruczała cicho.

– Pożycz mi auto.

Spięła się.

– Po co?

– Wezwano nas. Mam kwadrans, żeby dotrzeć na miejsce. Inaczej…

Zrzuciła go z siebie.

– Wiem co, idioto! – warknęła.

Stanowczo wiedziała zbyt dużo. Przeszukała kieszenie swoich płaszczy, klnąc pod nosem. Miała piękne ciało. Aguarin podszedł do niej w chwili, kiedy wyciągnęła w jego stronę kluczyki. Spojrzał jej w oczy, uśmiechając się. Zmarszczyła brwi.

– Jedź już! Nie zamierzam cię stracić.

Podszedł całując jej dłoń.

– Nie stracisz, przyrzekam. Zamknij za mną drzwi.

Wybiegł z mieszkania, a po chwili usłyszał za sobą szczęk zamka. Znalazł się na parkingu, po czym wsiadł za kierownicę granatowego sedana. Ruszył z piskiem opon.

*****

Aguarin zatrzymał samochód. Wysiadł prędko, wchodząc w tuman kurzu. Spojrzał na boki. Nikogo nie było. Ruszył przed siebie biegiem, mijając liczne drzewa. Wreszcie dostrzegł studnię. Przyspieszył. Kończył mu się czas. Gdy się przy niej znalazł, złapał się jej kamiennych brzegów i spojrzał w dół. Poczuł bijącą z wnętrza niecierpliwość. Bóstwo zaczęło się denerwować. Jednym ruchem wskoczył do środka, pozwalając by pochłonęła go ciemność. Zaraz jednak pojawiło się ostre rażące oczy światło. Przymknął powieki, po czym upadł na marmurową posadzkę. Podparł się jedną ręką. Po chwili przyzwyczaił się do światła i uniósł głowę, dostrzegając znajome postaci; mimo, że dawno nie widziane. Wyprostował się, przyglądając twarzom zgromadzonych. Kiedyś było ich więcej. Najliczniej zjawiły się Żywiołaki powietrza: było ich siedem, dwie kobiety oraz pięciu mężczyzn. Dalej, blisko siebie stały  Żywiołaki ziemi; zaledwie czterech mężczyzn i jedna kobieta. Żywiołaki ognia stały w różnych miejscach, opierając się o ściany jaskini – nigdy nie czuły szczególnej przynależności do grupy. Naliczył cztery kobiety i dwóch mężczyzn. Oprócz niego w pomieszczeniu znajdował się tylko jeden Żywiołak wody, Undarius. Jego ciało było opływowe, zupełnie jak u Aguarina, lecz ciemne włosy oraz fioletowe oczy zdradzały gwałtowny charakter. Właśnie dlatego stał wyżej rangą od Aguarina.

Aguarin zbliżył się do niego, nic nie mówiąc.

Sporych rozmiarów jaskinia przypominała kształtem prostokąt. Z wysokiego sklepienia zwisały długie na kilka metrów stalaktyty, a z podłogi wyrastały ich siostrzane twory. Światło dochodziło gdzieś z góry, lecz Aguarin nie mógł zlokalizować jego źródła. Wyczuwał obecność bóstwa.

Poszukał go wzrokiem, znajdując na przeciwnym końcu sali. Stało oddalone o kilka metrów, odwrócone tyłem do nich. Aguarin dawno nie widział bóstwa, ani boga. Nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek będzie mu to dane. Musieli zebrać się tu w wyjątkowo ważnej sprawie; bądź wyjątkowo głupiej. Wszystko zależało od kaprysu bóstwa. Większość Żywiołaków przyglądała się bóstwu, tak jak on. Tylko jedna Ognista stale wpatrywała się w Aguarina. Doskonale ją pamiętał. Przełknął ślinę przypominając sobie dawne czasy. Jej ognisty mężczyzna zaczepił kiedyś Aguarina, drwiąc sobie z jego wodnej siły. Nie spodziewał się ataku ze strony Aguarina. Został unicestwiony na miejscu. A ona to widziała. Rudowłosa piękność, o ciemnych piwno – pomarańczowych oczach. Ignis, najsilniejsza z Żywiołaków ognia. Chciała go od razu zniszczyć, jednak bogowie jej zabronili. Wtedy jeszcze Żywiołaki ognia występowały licznie. Poza tym partner Ignis był zaledwie pomniejszym osobnikiem, nie władającym zbyt dobrze siłą ognia. Nawet wśród nich zdarzały się słabsze jednostki; a takie zawsze powinno się eliminować. Przynajmniej tak uważał Aguarin. Może dlatego, że się do nich nie zaliczał?

Zignorował natarczywe spojrzenie rzucane mu przez Ignis, oraz to, że w jej dłoniach palił się płomień. Gotowała się do walki, mimo, iż wiedziała, że w towarzystwie bóstwa była ona surowo zakazana.

Wreszcie bóstwo odwróciło się do nich i westchnęło. Wyglądało, jak starszy mężczyzna, naznaczony wieloma zmarszczkami. Cienkie brązowe włosy opadały luźno na wąskie ramiona. Szczupła sylwetka sprawiała, że wydawał się wyższy niż w rzeczywistości. Pod długą brązową szatą, Aguarin zauważył kremową togę. Od dawna takich nie widział. Mimo, że wpatrywał się w stalowe oczy bóstwa, nie potrafił odgadnąć kim było.

– Cieszę się, że jesteście, choć spodziewałem się, że przybędzie was więcej.

Słysząc aksamitny głos mężczyzny, Aguarin zesztywniał. Nie mieli więc do czynienia z byle pomniejszym bóstwem, a z bogiem. Wszystkie Żywiołaki wyprostowały się, odczuwając dokładnie to samo co on. Nawet Ignis zgasiła płomień w dłoniach, odwracając się w stronę boga.

– Dobrze, widzę, że zrozumieliście powagę naszego spotkania. Nie sądzę, by ktokolwiek was miał okazję mnie poznać. Nazywam się Taranis Taisch.

Aguarin otworzył szeroko oczy. To nie mogła być prawda. Taranis istniał tylko w legendach. Taranis był bogiem koła, które kierowało wszelkimi zmianami na świecie. Wobec jego mocy, reszta bogów mogła skryć się w swoich siedzibach, ponieważ nie mieli mocy zmienić raz podjętej przez niego decyzji. Jednak Aguarina zmartwił bardziej jego przydomek. Taisch oznaczało, że Taranis posiadał zdolność jasnowidzenia. Nie dość, że decydował o losach świata, to podejmował decyzje znając ich rezultaty.

– Wezwałem was, ponieważ rozpoczyna się era zmian – zaczął ponownie Taranis. – Środki jakie podjąłem mogą okazać się dla niektórych drastyczne, jednak nie było innego wyboru.

Zrobił krótką pauzę, przyglądając się każdemu Żywiołakowi z osobna, po czym kontynuował.

– Ludzie nie wiedzą już co jest dobre a co złe. Zaczęli zapadać się we własnych błędnych decyzjach, popełniając coraz to nowsze błędy. Zostałem zmuszony do wypuszczenia na ziemię Czyściciela.

– Zmuszony? – odezwał się cicho Aguarin, czując jak wzbiera w nim złość.

– Tak, Aguarinie, zmuszony. Jak wam się mylnie wydaje, nie jestem tak potężny jak myślicie – Taranis zmarszczył brwi. – Ani tak bezlitosny. Kilku bogów zmusiło mnie do postąpienia w ten sposób, nie dając innego wyjścia. Chcieli całkowicie unicestwić ludzkość, lecz ja nadal w nią wierzę.

Nikt mu nie przerwał, trwając w niepewnym oczekiwaniu.

– I tu rozpocznie się wasza rola. Musicie ocalić tak wielu ludzi ilu tylko się wam uda. Musicie ich odseparować od zainfekowanych.

– Zainfekowanych? – zapytała Ignis.

– Możliwe, że niektórzy z was zauważyli w drodze tutaj ludzi zachowujących się w osobliwy sposób. Spokojnych, ze wzrokiem wbitym w ziemię, a na ich skórze znajdowały się zielono szare zmiany, przypominające korę. Musicie uważać ci ludzie są spokojni tylko do czasu, a zarażają się przez dotyk. Kiedy poznałem skutki działań Czyściciela, przywołałem go z powrotem.  Zrobiłbym to wcześniej, lecz inni bogowie mi nie pozwolili… potrafią być całkiem przekonujący, jeśli tylko mają się czym targować. – Taranis zamyślił się na chwile. –  Niestety, gdy Czyściciel ponownie znalazł się w swojej celi, było już za późno. Zdążył zarazić kilkoro ludzi, a ci zaczęli roznosić plagę.

Taranis zaczął przechadzać się po jaskini. Ręce założył za sobą.

– Długo szukałem rozwiązania, przeczesując bezmiar przyszłych zdarzeń, aż wreszcie natrafiłem na właściwe wyjście.

Zatrzymał się nagle i odwrócił twarz w ich stronę.

– Na was.

Milczenie. Żaden z Żywiołaków nie wiedział, o co mogło mu chodzić. Po chwili Aguarin odważył się zadać pytanie.

– Co mamy zrobić?

– Jak już powiedziałem musicie odseparować ludzi zdrowych od chorych.

Ignis postąpiła krok na przód.

– Ale jak to zrobić?

– Udacie się do miasta, w którym mieszka Aguarin. Część z was znajdzie tylu zdrowych ludzi ilu zdoła, reszta natomiast uda się na rozłożystą polanę za miastem, znajdującą się przy lesie. Przepływa przez nią strumień.

Taranis uniósł głowę.

– Dopilnujcie by w oby grupach znajdował się każdy Żywioł. Kiedy już zbierzecie zdrowych ludzi na polanie Żywiołak Ziemi musi wyżłobić kolisty rów, który będzie otaczał ludzi oraz was. Następnie Żywiołak powietrza wraz z Żywiołakiem wody muszą złączyć swe siły, stawiając mur z własnych mocy.

Przyjrzał im się, po czym uniósł brwi.

– Wy jeszcze tutaj?

Żywiołaki zaczęły się prędko przepychać w stronę wyjścia. Ktoś wyprzedził Aguarina, zastępując mu drogę, tak, że musiał na chwilę przystanąć. Wtedy usłyszał cichy głos Taranisa.

– Aguarinie.

Przeszedł go dreszcz.

– Tak?

– Masz być w drugiej grupie.

Aguarin ruszył przed siebie. Zanim zniknął w korytarzu prowadzącym do wyjścia, dosłyszał jak Ignis zadaje pytanie.

– Co zrobić z zainfekowanymi?

– Zabić.

DOBRY PODPIS

Zdjęcie: unsplash.com - Eutah Mizushima
Grafika na zdjęciu: Monika Syminowicz
Alicja Wlazło

Alicja Wlazło

Niepoprawna optymistka, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Nie poddaje w wątpliwość istnienia smoków; upiera się nawet, że w przeszłości udało się jej jednego oswoić. Fantastyka to jej żywioł. Nawiedza ją milion pomysłów na minutę i obawia się, że nie starczy jej życia na spisanie chociażby części.
Alicja Wlazło

Latest posts by Alicja Wlazło (see all)