Ocalić życie Cz. 5

z 1 komentarz

W niespełna dwadzieścia minut dotarli do miasta. Musieli wyglądać co najmniej osobliwie; każdy trzymał się na uboczu, jakby pragnąc zaznaczyć granicę pomiędzy sobą i resztą dziwolągów. W powietrzu oprócz niechęci, dało się również wyczuć napięcie.
Kiedy minęli pierwsze zabudowania, Aguarin przyśpieszył, zostawiając innych w tyle. Wiedziony przeczuciem ruszył w kierunku hotelu. Nagle ktoś chwycił go za łokieć. Aguarin odwrócił się. Naprzeciwko niego stał Undarius.
– Aguarinie, Taranis powiedział…
– Undariusie…
Undarius przyjrzał mu się przez chwilę, po czym skinął głową w kierunku hotelu.
– Pośpiesz się.
Aguarin puścił się biegiem. Nigdzie nie dostrzegł żadnego człowieka.
Winda jechała zbyt wolno. Spojrzał na wyświetlacz. Trzecie. Czwarte. Cholera. Szóste. Jest! Drzwi otworzyły się ciężko, a Aguarin wypadł na korytarz. Nawet się nie zatrzymał przed drzwiami mieszkania Rebeki; wbiegł do niego niczym burza. Salon, łóżko – puste. Garderoba, kuchnia – nic. Usłyszał kapanie wody w łazience. Chwycił klamkę i otworzył drzwi na oścież, czując jak serce pragnie wyrwać się z piersi. Łazienka również okazała się pusta.
„Gdzie ona może być? Zawsze na mnie czeka. Wiedziała, że wrócę. Widzieliśmy się.” Zaczął przechadzać się po pokoju. Przeczesał dłonią włosy. Po chwili na stoliku nocnym zauważył telefon stacjonarny. Złapał za słuchawkę i wykręcił numer Rebeki. Sygnał. Drugi. Trzeci. Mijała wieczność. Wreszcie odebrała.
– Beck, gdzie jesteś? Nic ci nie jest?
– Ag? Och, Ag! Oni są wszędzie – wyszeptała przestraszona.
– Spokojnie, gdzie jesteś?
– W pubie.
Nie musiała mówić nic więcej.
– Czekaj na mnie, zaraz będę.

Wypadł z budynku i skręcił w lewo. Drogę do pubu znał na pamięć. Z początku biegł, lecz po kilku minutach poczuł zbliżających się ludzi. Wyczuł w nich coś dziwnego – to samo, co w tamtej dwójce, którą spotkał po wyjściu z morza. Zwolnił, starając się wyglądać naturalnie. Wynurzył się zza rogu budynku i zobaczył stojącą przed nim grupę ludzi. Zainfekowanych. Przystanął, przyglądając się im uważnie. Na pierwszy rzut oka wydawali się niegroźni – stali w jednym miejscu, od czasu do czasu rozglądając się na boki. Nagle spojrzenie wysokiego bruneta, którego twarz pokrywały szare strupy, spoczęło na Aguarinie. I wtedy się zaczęło. Jakby na jakiś magiczny znak, ludzie ruszyli pędem w jego stronę, krzycząc i warcząc.
Nie czekał. Wyciągnął ręce z kieszeni, przywołał żywioł i posłał w ich kierunku słup wody. Niektórzy przewrócili się pod jej naporem, inni poślizgnęli, lecz większość nadal się zbliżała. Nie miał wyboru. Przywołał większą falę, która otoczyła grupę, a następnie zamknął ich w niej, pozbywając dostępu do powietrza. Kula unosiła się lekko nad powierzchnią, a Aguarin patrzył z przerażeniem na topiących się ludzi. Machali nieskładnie rękami oraz nogami, próbując krzyczeć. Patrzeli na niego błagalnie, lecz on nie miał litości. Musiał to skończyć. Napór wody we wnętrzu kuli się zwiększył i po chwili już nikt się nie poruszył. Aguarin opuścił ciała na ziemię, po czym rozproszył wodę jednym ruchem. Ruszył dalej, nie oglądając się za siebie.

Jeden blok, kolejny. Skręcił w szerszą uliczkę i z daleka zobaczył ciemnozielony szyld pubu „Pod złotym kuflem”. W momencie znalazł się przy drzwiach. Szarpnął za klamkę. Nic. Użył więcej siły i drzwi ustąpiły. Od razu znalazł się przy stoliku, przy którym po raz pierwszy ujrzał Rebekę; jednak jej tam nie znalazł. Pot zaczynał spływać po jego karku. A co jeśli… Nie, nawet tak nie myśl! Przeszukał cały pub, lecz był pusty. Wrócił do stolika i dopiero wtedy zauważył zmiętą kartkę wrzuconą pod drewniane krzesło. Sięgnął po nią i rozwinął. „Musiałam uciekać. B.” Obejrzał kartkę z drugiej strony, lecz nie było na niej nic więcej. Żadnej wskazówki, podpowiedzi. Nic! Uderzył pięścią w blat stołu, powodując lekkie pęknięcie. Wybiegł na zewnątrz. Każda chwila mogła być kluczową. Zatrzymał się przed pubem, zastanawiając się, którą stronę powinien wybrać. Pobiegł w lewo, a następnie wybrał prawą odnogę. Znalazł się na ulicy biegnącej równolegle do morza. Jego szum przyzywał, lecz Aguarin nie zwracał na niego uwagi.
Przebiegł kolejną ulicę, starając się unikać ludzi. Skręcił, potem znowu. Oddech mu przyśpieszył. Gdzie jesteś, Rebeko? Rozglądał się na wszystkie strony, próbując ją wypatrzeć. Zaglądał przez okna do wnętrza opustoszałych sklepów, wchodził do porzuconych domów, lecz to nic nie dało.

Po około kwadransie znalazł się na drodze prowadzącej wprost na molo. Jednak tą drogą mógł równie łatwo dostać się na polanę. Powinien tam pójść. To był jego cel, musiał ocalić ludzi, bo inaczej zginą; wszyscy. Może spotka Rebekę po drodze? A może ona już tam jest? Igła bólu przeszyła jego serce. Nie, nie było jej tam, a on o tym wiedział. Czuł, że nadal grozi jej niebezpieczeństwo. Ruszył w prawo. Szybko zbliżał się do molo. Wokół panowała cisza. Nagle zauważył ludzką sylwetkę stojącą na samym końcu molo. Przyśpieszył z nadzieją. Jednak, gdy tylko dojrzał wyraźnie postać, zaczął na powrót zwalniać.
Stanął obok człowieka, wzdychając ciężko.
– Znowu się spotykamy. Czy to nie zabawne? Mówiliśmy o zmartwieniach i je dostaliśmy.
– Niestety nie mylisz się, Theodorze.
Starszy człowiek spoglądał na falujące morze z tęsknotą. Ręce włożył do kieszeni luźnych dzianinowych spodni, a koszulę wypuścił na wierzch. Wyglądał na kogoś szykującego się do z dawna wyczekiwanej podróży.
– Aguarinie.
– Tak?
– Postaraj się zadbać o mojego syna.
– Theodorze…
– Tylko się postaraj.
Aguarin umilkł, po czym opuścił luźno ramiona.
– Postaram się.
Twarz Theodora rozjaśnił uśmiech, a on sam spojrzał na Aguarina.
– Czy możesz sprawić by morze przyjęło mnie jak przyjaciela?
Odwzajemnił uśmiech.
– Nie muszę. Ono już na ciebie czeka.
Theodor rozłożył ramiona i przymknął oczy, po czym skoczył do zimnej wody, oddając się jej zbawczej mocy. Był wolny. Wreszcie prawdziwie wolny.
Aguarin patrzył za nim chwilę, jednak wiedział, że już się nie wynurzy. Usłyszał za sobą szmer. Odwrócił się powoli. Na molo zbliżała się duża grupa ludzi. Poruszali się wolno, niczym w amoku, stale prąc naprzód. Wyszedł im naprzeciw. Przez ułamek sekundy miał nadzieję, że spotkał normalnych ludzi, ale wtedy dostrzegł szare plamy na ich skórze. Tym razem nie czekał. Ruszył do ataku, przywołując wodę z morza. Ludzie nie mieli szans. Krople wody złączyły się ze sobą, tworząc ciężkie pociski przypominające kształtem komety. Gdy pocisk dosięgał człowieka, zabierał go ze sobą pod wodę, a tam pochłaniała go potęga morza. Kilka minut później droga przed Aguarinem znów była pusta.

Ruszył przed siebie, kierując się w stronę polany. Nie mógł jednak przestać wypatrywać Rebeki. Zaglądał w każdą uliczkę, każdy zaułek, wszędzie gdzie tylko mogłaby się ukryć. Musiał ją znaleźć, musiał!
Ktoś chwycił go za ramię. Aguarin odwrócił się gwałtownie.
– Ag, spokojnie to ja.
Przed Aguarinem stał Żywiołak ziemi, którego imienia nawet nie pamiętał. Wyglądał na jednego z młodszych. Jego oczy były dziwnie rozbiegane.
– Co się stało?
– Aguarinie, musisz biec na polanę. Zbliżają się ludzie, chorzy. Musisz tam być! Inaczej wszyscy…
Aguarin wyrwał się z uścisku i wrócił do przeszukiwania sklepu mięsnego. Gdy przesunął wiszący płat mięsa, odór uderzył go w nozdrza.
– Przecież Undarius tam jest.
Odpowiedziała mu cisza. Aguarin ponownie zwrócił się do Żywiołaka.
– Czy Undarius…?
– Przykro mi.
Aguarin przeszukał powietrze, próbując nakazać unoszącej się w powietrzu wilgoci znalezienie Undariusa. Jednak nigdzie go nie było. Dopiero po chwili poczuł jego słabą iskrę złożoną w morzu, niczym w grobie. Jak mógł tego nie poczuć? Przecież kiedyś byli sobie jak bracia. Zachwiał się.
– Aguarinie, wiem, że to szok, ale musimy iść.
– Ale, Rebeka… Ona…
Nagle Żywiołak wyprostował się i spoważniał.
– Aguarinie, musisz.
Spojrzał w oczy Żywiołaka. Przełknął głośno ślinę, po czym przytaknął. Wyszli ze sklepu, przechodząc przez wyłamane drzwi. Kiedy tylko znaleźli się na zewnątrz, puścili się biegiem. Aguarin wytężył całą siłę woli, aby zmusić się do patrzenia przed siebie. Nie mógł myśleć o Rebece. Nie teraz. Jeśli nie dotrze na polanę na czas, żaden człowiek nie zdoła przeżyć. Żaden.
Po chwili minęli pierwsze zabudowania i zaczęli przedzierać się przez rzadko porośnięty sosnowy las. Igły drzew raniły ich skórę, lecz oni biegli dalej. Wreszcie wybiegli z lasu, a przed nimi rozpościerała się rozległa polana. W odległości około pięciuset metrów od nich, Aguarin zauważył grupę stojących blisko siebie postaci. Mniej więcej w połowie usłyszeli za sobą krzyki. Ludzie uciekali przed zainfekowanymi. Biegli co sił, aby uratować swoje życie. I wtedy Aguarin usłyszał.
– Ag! Ag!
Odwrócił się na pięcie i ją zobaczył. Rebeka wybiegła z lasu, próbując umknąć przed zainfekowanymi. Jednak chwilę po niej zza linii drzew wynurzyło się ich całe mnóstwo. Z początku szli wolno, lecz zwabieni ludzkim zapachem, przyśpieszyli. Czas uciekał.
Aguarin chciał się cofnąć, lecz Żywiołak ziemi go przytrzymał.
– Puść mnie!
– Nie, musisz dotrzeć do innych.
– Ale…
Żywiołak spojrzał przez ramię.
– Ja pójdę.
Zawrócił, biegnąc w stronę Rebeki. Aguarin nie mógł na nich czekać. Ruszył biegiem do ocalałych. Zaledwie po chwili znalazł się wśród wystraszonych ludzi oraz garstki Żywiołaków. Od razu się odwrócił. Wypatrywał Rebeki. Nic. Serce zabiło mu szybciej, a panika zaczęła ogarniać umysł. Gdzie jesteś? Gdzie jesteś? Wtedy ich dostrzegł. Biegli, Rebeka pierwsza, a Żywiołak tuż za nią. Nie oglądali się za siebie, bo tam czekała na nich śmierć. Zainfekowani przybliżali się do nich z każdym krokiem. Zostało im już tylko kilkadziesiąt metrów. Aguarin zauważył, że jeden z Żywiołaków powietrza wzniósł już delikatny wiatr wokół ocalałych, kreśląc słabą linię muru. Przyglądał się on Aguarinowi intensywnie, czekając, aż tamten dołączy, jednak Aguarin zwlekał. Rebeka była coraz bliżej. Jeszcze chwila. Nagle przed ścianą z powietrza zaczął powstawać rów. Jednak był on niepełny – w miejscu, w którym stał Aguarin, odpowiedzialny za niego Żywiołak ziemi pozostawił glebę nienaruszoną. On również miał nadzieję, że tamtym się uda, że zdążą. Już prawie. Już jesteście. Aguarin wykonał krok w przód i wtedy Żywiołak, który wrócił po Rebekę padł na ziemię. Zainfekowani rzucili się na niego i rozszarpali jego ciało na kawałki. Rebeka przyśpieszyła. Była już na tyle blisko, że Aguarin dostrzegł w jej oczach łzy. Tuż za nim stanęła Ignis. Rozstawiła szeroko nogi, szukając dla nich podparcia i czekała w gotowości.

Nikt się nie odezwał, lecz nagle zainfekowani zaczęli doganiać Rebekę oraz innych ludzi. Aguarin poczuł strach. Zostało kilkanaście metrów, lecz jeśli oni się przedrą… Spojrzał przez ramię, przyglądając się przerażonym ludziom. I wtedy ujrzał dwójkę drżących dzieci. Ponownie spojrzał na Rebekę i w tym samym momencie dostrzegł, że jeden z zainfekowanych dotknął jej ramienia. Jeszcze chwila, moment i się przedrą. Ale nagle poczuł to. Gwałtownie uniósł ręce, wznosząc w górę ścianę wody. Żywiołak powietrza wzmocnił swoją, tak, że powstał mur nie do przebicia.
Dokładnie w tej sekundzie rozpłakana Rebeka dotarła pod ścianę. Wyciągnęła dłoń, dotykając wody. Aguarin uczynił to samo, pragnąc przebić się przez ścianę. Ich dłonie złączyłyby się, lecz oddzielała je linia życia i śmierci. Spojrzał w oczy Rebeki po raz ostatni i zapłakał, widząc w nich żal, ból i stratę.
Ignis zapaliła się niczym zapałka, po czym wypuściła na świat oczyszczającą falę ognia, która zabrała wszystko co znajdowało się poza okręgiem.
Aguarin nie odwrócił wzroku, patrząc na Rebekę. Jej krzyk zlał się z innymi w ostatniej pieśni.

Aguarin spojrzał za siebie.
Udało im się, lecz dla niego nie było już nic.

DOBRY PODPIS

Zdjęcie: unsplash.com - Eutah Mizushima
Grafika na zdjęciu: Monika Syminowicz
Alicja Wlazło

Alicja Wlazło

Niepoprawna optymistka, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Nie poddaje w wątpliwość istnienia smoków; upiera się nawet, że w przeszłości udało się jej jednego oswoić. Fantastyka to jej żywioł. Nawiedza ją milion pomysłów na minutę i obawia się, że nie starczy jej życia na spisanie chociażby części.
Alicja Wlazło

Latest posts by Alicja Wlazło (see all)